Choć w powszechnej świadomości historię atomowych katastrof Związku Radzieckiego dominuje Czarnobyl, osiem miesięcy przed tragicznym kwietniem 1986 roku, na Dalekim Wschodzie ZSRR doszło do zdarzenia, które obnażyło fundamentalne braki w kulturze bezpieczeństwa radzieckiej marynarki wojennej. 10 sierpnia 1985 roku w stoczni remontowej nr 30 w zatoce Czażma, podczas rutynowej operacji wymiany paliwa na okręcie podwodnym o napędzie atomowym K-431, doszło do niekontrolowanej reakcji łańcuchowej i eksplozji, która na dziesięciolecia skaziła region.
Tło i mechanizm katastrofy
Okręt K-431 (projekt 675, kod NATO: Echo II) był jednostką napędzaną przez dwa reaktory wodno-ciśnieniowe typu WM-A. Po wieloletniej służbie, okręt przechodził procedurę przeładowania rdzeni reaktorów. Prace te, ze swej natury skomplikowane i niebezpieczne, w radzieckiej rzeczywistości lat 80. odbywały się pod presją czasu, przy chronicznym niedoborze specjalistycznego sprzętu i rażącym łamaniu procedur.
Bezpośrednią przyczyną tragedii stał się splot błędów ludzkich podczas montażu pokrywy reaktora prawej burty. Źródła techniczne wskazują, że pod uszczelkę pokrywy dostały się zanieczyszczenia, uniemożliwiając jej szczelne domknięcie. Zamiast powtórzyć żmudną procedurę oczyszczania, podjęto decyzję o uniesieniu pokrywy wraz z podczepionymi do niej prętami kontrolnymi (pochłaniaczami neutronów). Było to działanie kategorycznie zabronione, wprowadzające układ w stan chwiejnej równowagi.
O godzinie 10:55, podczas unoszenia pokrywy przez pływający dźwig, w pobliżu stoczni przepłynął kuter torpedowy, ignorując ograniczenia prędkości. Wytworzona przez niego fala spowodowała kołysanie dźwigu, co doprowadziło do gwałtownego, niekontrolowanego szarpnięcia lin i wyciągnięcia prętów kontrolnych z rdzenia reaktora.
Eksplozja i natychmiastowe skutki
W ułamku sekundy reaktor osiągnął stan nadkrytyczny na neutronach prędkich. Nastąpiła gwałtowna ekskursja mocy (szacowana na 5 × 10^18 rozszczepień), prowadząca do błyskawicznego odparowania chłodziwa. Doszło do niszczycielskiego wybuchu parowo-cieplnego (nie jądrowego w sensie detonacji bomby).
Siła eksplozji wyrzuciła ważącą blisko 12 ton pokrywę reaktora w powietrze oraz rozerwała kadłub okrętu i konstrukcję warsztatu przeładunkowego. Świeży rdzeń reaktora został dosłownie wystrzelony na zewnątrz. Dziesięciu członków ekipy technicznej (ośmiu oficerów i dwóch marynarzy) znajdujących się w epicentrum zginęło natychmiast. Poziom promieniowania w miejscu wybuchu był ekstremalny; relacje mówią o niemożności odnalezienia szczątków ofiar, a dawkę promieniowania w pierwszych chwilach szacowano na podstawie aktywacji metalowych przedmiotów (np. obrączki jednego z oficerów) na setki siwertów na godzinę.
Akcja ratunkowa i skażenie środowiska
Pożar, który wybuchł na pokładzie K-431, był gaszony przez blisko cztery godziny przez załogi sąsiednich okrętów i straż pożarną stoczni. Brali w niej udział ludzie pozbawieni elementarnej wiedzy o zagrożeniu radiacyjnym, bez dozymetrów i odzieży ochronnej. Specjalistyczne ekipy awaryjne dotarły na miejsce z dużym opóźnieniem.
Raport Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej (MAEA) oraz badania publikowane w „ScienceDirect” wskazują na specyficzny charakter skażenia. Ponieważ wybuch nastąpił w reaktorze ze świeżym paliwem, chmura promieniotwórcza nie zawierała dużych ilości długożyciowych produktów rozszczepienia (jak cez-137 czy stront-90), typowych dla wypalonego paliwa. Dominowały krótkożyciowe izotopy. Całkowita aktywność uwolniona do atmosfery w momencie wybuchu wynosiła około 259 petabekereli (PBq), jednak ze względu na szybki rozpad, po godzinie spadła do około 37 terabekereli (TBq).
Chmura radioaktywna uformowała pas skażenia o długości ok. 3,5 km i szerokości do 650 metrów, dryfując na północny zachód przez Półwysep Dunaj. Najpoważniejszym długoterminowym problemem ekologicznym stał się kobalt-60 (Co-60), powstający w wyniku aktywacji neutronowej stali w konstrukcji reaktora. Znaczne ilości Co-60 osiadły na dnie zatoki Czażma, skąd z prądami morskimi migrowały do sąsiedniej zatoki Striełok, zanieczyszczając morski ekosystem.
Łącznie w akcji likwidacyjnej wzięło udział około 2000 osób. U 290 z nich stwierdzono napromieniowanie przekraczające normy, u 10 rozwinęła się ostra choroba popromienna. Najwyższe odnotowane dawki ekspozycji zewnętrznej sięgały 2,2 siwerta (Sv).
Machina zatajania i spuścizna
Reakcja władz sowieckich opierała się na sprawdzonym schemacie izolacji i cenzury. Osada Szkotowo-22 została odcięta od świata, wyłączono łączność telefoniczną, a ludności cywilnej nie poinformowano o zagrożeniu. Ofiary pochowano w betonowych mogiłach w odludnym miejscu. Dokumentacja medyczna likwidatorów była fałszowana, a objawy choroby popromiennej przypisywano innym schorzeniom. Prawda o katastrofie pozostała tajemnicą państwową aż do 1993 roku.
Wrak K-431, z prowizorycznie zabezpieczonym reaktorem, przez blisko 25 lat rdzewiał w zatoce Pawłowskiej, stanowiąc tykającą bombę ekologiczną. W wyniku wybuchu silnie napromieniowany został również cumujący obok okręt K-42, który także musiał zostać wycofany ze służby. Dopiero około 2010 roku, przy międzynarodowym wsparciu finansowym, K-431 został odholowany do zakładów „Zwiezda” w Bolszoj Kamień, gdzie przeprowadzono jego utylizację. Skażony przedział reaktorowy został wycięty i umieszczony w składowisku w zatoce Razbojnik.
Katastrofa w zatoce Czażma była czymś więcej niż tragicznym wypadkiem. Była surowym ostrzeżeniem przed systemowym lekceważeniem procedur i przedkładaniem planów produkcyjnych nad ludzkie życie. Ignorancja ta, nie uleczona po wydarzeniach na Dalekim Wschodzie, doprowadziła osiem miesięcy później do globalnej tragedii w Czarnobylu. Do dziś zatoka Czażma i osada Dunaj (dawne Szkotowo-22) pozostają obszarami o ograniczonym dostępie, skrywającymi radioaktywne ślady zimnej wojny.
Zdjęcia: https://tech.wp.pl/zapomniana-katastrofa-w-zatoce-czazma-rosjanie-stracili-dwa-atomowe-okrety-podwodne,7187683513391712a








